Pokazywanie postów oznaczonych etykietą YANG-YIN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą YANG-YIN. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 marca 2022

KONFLIKTY DOBRA I ZŁA + ROZWIĄZANIE

Piotr: "Gdy czytam jak Harry walczy z Voldemortem, to trzymam kciuki za Harrego. Tobie jest wszystko jedno, kto wygra?"

Piotr, fajne pytanie, inspirujące. Dziękuję.

Uwarunkowania kulturowe tego świata sprawiają, że w pewnym sensie dobro i utożsamianie się z byciem dobrym jest kulturowo i moralnie jakby preferowane. Istnieje też przekonanie, że dobro nie sprawia cierpienia. A według mnie to ściema uwarunkowań kulturowych. Ponieważ na równi z preferowaniem dobra (a może nawet bardziej, częściej) preferowana jest ekscytacja konfliktami i walką pomiędzy dobrem i złem. 

Toć nie miałbyś frajdy kibicowania dobremu Harremu, gdyby ten nie miał złego wroga Voldemorta. A sam konflikt i walka, które sprawiają cierpienie obu stronom - obu bohaterom konfliktu, bywają wręcz fascynujące, ekscytujące i pożądane. W ten sposób właśnie cierpienie staje się fascynujące, ekscytujące i pożądane.

Na tym opiera się tzw. dualizm - na podtrzymywaniu konfliktu i walki dobra i zła.

Kiedyś sympatyzowałam i kibicowałam takim Harrym. Teraz przyglądam się temu w sobie. I odkrywa się we mnie coś całkiem nowego - nowa perspektywa widzenia, że kibicowanie jednej ze stron konfliktu zawsze zasila konflikt czyli kibicowanie działaniom dobra także zasila działania zła. A nawet chwilowe zwycięstwa dobrych nad złymi nie powodują zmiany paradygmatów tego dualnego świata. 

Ten dualizm funkcjonuje i utrzymuje się w tym świecie od tysięcy lat. Bo zawsze co jakiś czas pojawia się jakieś zło, które uaktywnia konieczność ujawnienia się jakiegoś dobra, które musi ze złem powalczyć. I tak się dzieje w mikro i makro skali, w codziennym życiu i funkcjonowaniu całych społeczeństw, a także w skali światowej.

Natomiast wiedza i samoświadomość uczestników konfliktu jest ograniczona utożsamieniem z jedną z ról - z jednym z bohaterów konfliktu. Albo z rolą kibica jednej ze stron konfliktu. Nawet gdybyś sympatyzował ze złym, to przez kulturowe uwarunkowania bałbyś się do tego przyznać publicznie (a może nawet i przed sobą), bo to przecież jest złe. K Dlatego sympatycy i kibice zła ukrywają swoje preferencje. Są one utajnione. A mimo to w różnych sytuacjach aktywują się i ujawniają. 

Z kolei sam zły w pewnym sensie musi odgrywać swoją rolę, bo dobry bez złego nie mógłby zaistnieć. Aby więc dobro mogło od czasu do czasu zatriumfować i poczuć satysfakcję swego zwycięstwa, potrzebuje zła i walki z nim. A zło tak samo potrzebuje od czasu do czasu jakiegoś triumfu i satysfakcji. No i tak lata wahadło raz w te raz w te.

Dostrzegam jednak różnicę pomiędzy emocjonalnym (wręcz kompulsywnym) zaangażowaniem w konflikty i wewnętrzne przeżywanie ich a obserwacją (badaniem) tych konfliktów z jednoczesnym obserwowaniem (badaniem) wewnętrznych reakcji na te konflikty (w sobie).

Stąd obserwacja (badanie) w wewnętrznej przestrzeni tego co wcześniej było postrzegane na zewnątrz, umożliwia zrozumienie prymarnych przyczyn oraz skutków wszelkich konfliktów i walki dobra i zła. Obserwacja taka uwalnia od zaangażowania w te konflikty i walkę. A to z kolei umożliwia całkiem inne działanie - już nie z pozycji zaangażowania w konflikt, lecz z perspektywy (przestrzeni) postrzegania i wiedzy spoza tego konfliktu. 

Przykład konfliktu opisuje sytuacja na rysunku. Jeden widzi 6, nie wie, co widzi drugi, dlatego jest przekonany, że drugi widząc co innego niż on oszukuje go, kłamie, a to znaczy, że ten drugi jest zły, jest wrogiem. Konflikt nie może być rozstrzygnięty, dopóki sytuacja nie zostanie dostrzeżona z innej perspektywy - z pozycji przekraczającej zaangażowanie w konflikt. 

Z pozycji zewnętrznego obserwatora widzisz, że wystarczyłoby, aby ten, który widzi artefakt jako cyfrę 6 spojrzał na nią z pozycji swojego "wroga" - tego złego. A ten, który widzi artefakt jako cyfrę 9 mógłby także spojrzeć na nią z pozycji swojego "wroga". Wtedy konflikt sam by się rozwiązał z powodu przekroczenia uwarunkowań, które wynikają z określonej pozycji obserwacji sytuacji, zdarzeń, zjawisk itp. wytwarzającej konflikty.

Zresztą wystarczy, że jeden z nich poczuje natchnienie, by spojrzeć na artefakt z tej innej pozycji, a natychmiast dostrzeże iluzoryczność konfliktu, w jaki się zaangażował. Wtedy też odpuszcza sobie udział w utrzymywaniu tego konfliktu. A nawet kibicowaniu tego typu konfliktom. Może też zaprosić swojego byłego "wroga" do spojrzenia na artefakt z tej drugiej pozycji, czemu nie. Ale jeśli ten "opozycjonista" nie będzie chciał ruszyć się z miejsca, nie ma potrzeby stosowania wobec niego jakichkolwiek działań stwarzających kolejne konflikty. 

P.S. obserwuję u siebie - w sobie tendencje do sympatyzowania z konceptami wolnościowymi. Według których każdy ma prawo (bo tak tańczy Jaźń, całość) do postrzegania siebie, innych i różnych zjawisk ze swojej indywidualnej perspektywy. Jednocześnie jaźni się zrozumienie, że postrzeganie dobra i zła jest względne, bo uzależnione i uwarunkowane indywidualną perspektywą postrzegania wszelkich zjawisk w kategoriach dobra i zła oraz różnych wyobrażeń o tym, co dobre a co złe. Postrzeganie i wyobrażenia o tym, co dobre a co złe jest względne, gdyż zależne od perspektywy postrzegania zjawisk i stanu samoświadomości. 

Podobieństwa tych indywidualnych perspektyw wyznaczają grupowe perspektywy postrzegania dobra i zła. I tak tworzą się różne (dualistyczne czyli skonfliktowane ze sobą) grupowe, społeczne i kulturowe normy postrzegania tego, co dobre a co złe. Te normy przenoszone z pokolenia na pokolenie są przyjmowane przez kolejne pokolenia za niepodważalne... Do czasu, gdy zaczyna być dostrzegana jakaś niezgodność, niespójność czyli dysonans pomiędzy tym, co jest mówione, wygłaszane a tym, co jest czynione...

Oddzielanie tego, co wewnątrz od tego, co na zewnątrz tworzy cierpienie.

Każdemu wewnątrz odpowiada jak echo jakieś na zewnątrz i każdemu na zewnątrz odpowiada jakieś wewnątrz. Mimo, że wewnątrz i na zewnątrz są postrzegane jako zróżnicowane, zawsze istnieją razem jako jedno. (Jak kropla versus kropla albo kropla versus ocean*).

Patrząc na symbol Tao (yang-yin) można dostrzec wewnątrz białego pola - czarne a wewnątrz czarnego - białe. Czyli wewnątrz jest to, co jednocześnie jest na zewnątrz, bo całość składa się z dwóch pól: białego i czarnego. I to, co na zewnątrz (białe na zewnątrz widzi czarne, a czarne na zewnątrz widzi białe) w rezultacie jest jednym i tym samym w dwóch wersjach (kolorach yang-yin) siebie zawierających siebie wzajemnie w sobie i dopełniających siebie wzajemnie.

Gdy doświadczane jest utożsamienie wyłącznie z dobrem (jak z białym czy światłem), doświadczane jest także oddzielenie dobra od zła (od czarnego, ciemności). Stąd to co wewnątrz (dobro, biel, światło) jest w oporze wobec... i przeciwstawne temu, co na zewnątrz (zło, czerń, ciemność). Dobro wypiera się i nie dostrzega zła w sobie.

Przyglądanie się wewnątrz temu, co wcześniej było wypychane na zewnątrz, coraz bardziej jednoczy wewnątrz i na zewnątrz. i pozwala dostrzec iluzoryczny konflikt pomiędzy tym, co wewnątrz, a tym co na zewnątrz. Pozwala nawet dostrzec iluzoryczny konflikt pomiędzy dobrem i złem.

Zintegrowanie w całość wewnątrz i na zewnątrz ujawnia względność dobra i zła. Ta perspektywa zmienia postrzeganie zjawisk (bez oceniania ich jako dobre lub złe) ze znacznie szerszej i głębszej perspektywy. Z tej perspektywy wyraźniej widać np. przyczyny i skutki pewnych wzorców myślenia, idei, celów oraz działań służących ich realizacji .

I jakiś taki spokój i przestrzenność się jaźni, a nawet radość istnienia się skrzy w spontanicznym, naturalnym przepływie...


*Nie jesteś kroplą w oceanie, jesteś całym oceanem zawartym w kropli"

piątek, 26 kwietnia 2019

MILOŚĆ OGNIA ROZPUSZCZA STRACH PRZED PŁOMIENIEM MIŁOŚCI


Dlaczego mnie kochasz i boisz się tego?

Strach przed prawdziwą miłością bierze się stąd, że nasze "ja" - to zlepki wyobrażeń o sobie, o innych, o świecie, o życiu, to nasze nieuświadomione przekonania wynikające z "oprogramowania" po przodkach np.: że "nie zasługują" na prawdziwą, głęboką miłość. Więc próbują się "zadowalać" namiastkami. I swoje urojenia, pożądanie, przyciąganie "ciał bolesnych" i różne iluzje o miłości nazywają "związkami małżeńskimi" lub "związkami rodzinnymi" albo "związkami partnerskimi", które... po prostu ich wiążą i uzależniają od siebie wzajemnie. Bo te związki wynikają z różnych ludzkich programow, wyobrażeń i uwarunkowań niszczących miłość. A w rezultacie w tych związkach prawdziwa miłość została upchnięta do "strefy cienia", nieświadomości i pozostaje zakryta pod grubą warstwą iluzji, kłamstw, strachu, manipulacji itd.

I gdzie w takich związkach miejsce na prawdziwą miłość? Bo owszem, marzymy o "wielkiej, prawdziwej miłości" w prostocie życia, tęsknimy za nią, ale boimy się jej, bo "nie zasługujemy". "Nie zasługujemy" też na zaufanie, na szacunek, na uczciwość, na oddanie i wzajemność. Bo sami sobie nie ufamy, sami siebie nie szanujemy, nie jesteśmy uczciwi sami wobec siebie i nie możemy być oddani sobie. Za to nieustannie oszukujemy się... i sami przed sobą tego się wypieramy. A prawdziwa miłość wymaga poznania siebie. Także odkrywania wszystkich ściem o sobie i uwolnienie się od nich przez przyjęcie. Prawdziwa miłość wymaga bycia prawdziwym ze sobą.

A jak możemy być prawdziwi, jeśli nie ufamy życiu i nie jesteśmy życiu oddani? Jeśli nie ufamy temu, co dane nam do doświadczenia? Jeśli nie słuchamy "głosu Serca", "wołania Ducha", intuicji, lecz uwierzyliśmy w "modele związkowe" wymyslone przez przodków i kontynuujemy toksyczne relacje czyli związki i rozwiązki raniąc siebie i innych nieświadomie? A to przecież to samo.

Dopóki nie zaufamy całkowicie, totalnie miłości i nie możemy jej się całkowicie oddać, to niemożliwe jest doświadczenie Jej. Bo bez zaufania, szacunku, uczciwości do siebie, życia i miłości, bez totalnego oddania sobie, życiu i miłości, będziemy wciąż tkwić w iluzjach o sobie, o innych, o świecie, o życiu i o miłości. I ze strachu przed odrzuceniem sami zazwyczaj nieświadomie odrzucamy tę wielką, prawdziwą miłość. Boimy się jej, bo

Prawdziwa miłość przekracza wszystkie normy społeczne, kulturowe, wszystkie wyobrażenia, projekcje, przekonania, oczekiwania, oceny itd. Bo taka miłość jest "nie z tego świata". I dlatego jest ogromnym (względnie ;)) wyzwaniem dla dwojga ukochanych dotkniętych takim spotkaniem "bliźniaczych płomieni".
Bo strach przed prawdziwą miłością związany jest ze stratą takiego życia, jakie  ja - ego jest znane. Bo jest to także strach przed nieznanym.

Tak, momentami bałam się miłości do ciebie. Ale byłam otwarta. Bardzo otwarta. I gdy wyśniło się nasze Spotkanie, przejawiały się intencje: uczciwość i szczerość, oddanie Duchowi, Sercu Serc, ekspansji świadomości. I całkowite zaufanie życiu i Źródłu. I nadal tak jest. Dzięki temu mogłam i mogę odkrywać prawdę o sobie.

I przechodząc przez różne procesy w mojej wewnętrznej relacji z Tobą, Ukochany Mężczyzno, odkryłam w sobie, że Ty dla mnie jesteś Jedynym. I pokochałam Ciebie jako integralną część Siebie. Odkryłam w Sobie naszą unię, jednię (poza czasem), "święte małżeństwo". I przestałam się bać, bo miłość we mnie po prostu zaczęła "rozkwitać" coraz bardziej. I we mnie, mną eksplodowała.

Co wcale nie znaczy, że teraz "musimy" być razem i tworzyć jakiś związek na zasadach tego starego świata. Nie. Czuję szczęście z powodu mojego wewnętrzego połączenia z Tobą w Sobie. Jestem szczęśliwa, ponieważ pokochałam Cię bezwarunkowo. Pokochałam także cały twój cień. On także jest moim w naszej jedni. I jak jeszcze coś-jakieś uwarunkowania czy nieświadome wzory będą miały się ujawnić, to będą się ujawniać. Ufam, totalnie. Jestem szczęśliwa, ponieważ odczuwam obecność naszej esencji w Sobie... I to jest nasza wspólna esencja. Jak to możliwe? Nie wiem. Ale możliwe.

Nie czuję potrzeby uzależniania Cię od Siebie, związywania się z Tobą, żeby zapewnić sobie złudne poczucie bezpieczeństwa albo dla iluzorycznej pewności, że "i nie opuści mnie aż do śmierci" itp. Ha, ha, ha.

Choć oczywiście sprawia ogromną radość nasz kontakt i przepływ między nami, i twoje otwarcie na ten kontakt, i na naszą relację, choć nie wiadomo jaka ona będzie. Ale to już zadziewa się w wolności i nie ma żadnego strachu przed tym, co będzie, jakie będzie, bo będzie to, co będzie, bo jest totalne zaufanie do Życia, Istnienia i otwarcie na nieznane, nowe.

Ś-wiadome jest, że miłość jest prawdziwa, gdy nie stawia warunków, jest wolna, przekracza wszystkie uwarunkowania, sytuacje i okoliczności i płynie z Serca Serc. Wtedy okoliczności i sytuacje nie mają znaczenia, bo znaczenie ma stan istnienia. Np.: zerwałeś ze mną i na moment wybrałeś inną kobietę, bo szukałeś "normalnego związku". Pobiłeś mnie. Odciąłeś się ode mnie. I co z tego?  To były wyzwania dla prawdziwej Miłości. I przeszłam je. Dzięki zaufaniu totalnemu, nie do tej części Ciebie - "zaśnionego", skonfliktowanego wewnętrznie "ja", ale do Ciebie jako Istoty wiecznej, nieskończonej, wielowymiarowej, która także w tym "zaśnionym ja" może przebudzić się do prawdziwej miłości.

Jestem otwarta na taką relację, która wspiera przebudzenie się w nas, nami prawdziwej miłości i świadomości. W zaufaniu, oddaniu, szczerości, uczciwości, szacunku i wzajemności wynikajacej nie z oczekiwań, lecz z odkrycia tej jedni, unii w sobie SOBĄ.

Jeśli Ty poczujesz podobnie, otworzysz się na to i odkryjesz to "pragnienie Duszy" czy "wołanie Ducha" w sobie, wtedy może doświadczymy takiej Miłości, takiego połączenia, którego teraz nawet wyobrazić sobie nie jesteśmy w stanie. Bo ta miłość przekracza wszelkie wyobrażenia o niej i o nas w niej...

A jeśli będziesz się bał tego, że mnie k, to i tak dzięki Miłości, której teraz doświadczam, staję się w sobie coraz pełniejszą, coraz bardziej zintegrowaną i świadomą istotą.
Bo ta miłość scala umysł i świadomość jak głowę i serce w jedno ciało. I scala mnie i ciebie w jedno ciało, jedną Duszą w Jednym Duchu.

Dotknięcie tym płomieniem prawdziwej miłości inicjuje proces wykraczania poza wszystkie ograniczenia czyli wzorce myślowe i działania, wszystkie koncepcje, przekonania, scenariusze, opowieści o tym, kim jesteśmy i co powinniśmy, a czego nie powinniśmy....

Przepływ, podążanie z pełnym zaufaniem, bez kontrolowania tego, co się przejawia, z pełnym otwarciem na nieznane. Dlatego to takie wielkie (względnie ;)) wyzwanie i stąd strach, bo "ja" wie, że nic z jego misternie zbudowanej konstrukcji tożsamości i wyobrażeń o sobie nie zostanie...

Strach pochodzi z poczucia "ja" i jego oddzielności... A w miłości spala się wszystko to, co oddziela...  Ale dopiero kiedy zaufamy i oddamy się temu całkowicie, wtedy możemy się uśmiechnąć do tego strachu i zobaczyć, jaką był iluzją....

Kropelka boi się, że zniknie w głębi oceanu, a tymczasem rozpoznaje, że jest całym oceanem, a ocean jest miłością..  Kropelka kropelką w nim pozostaje, ale nie czuje się już zagubiona i osamotniona w bezkresności oceanu.....

Tak, tak, tak...  zanurzamy się w tej swojej głębi - w oceanie bez dna... I lecąc w dół jednocześnie lecimy w górę obejmując wszystkie skrajności scalajac i integrując je ze sobą w sobie...

Tak.... Rozprzestrzeniamy się we wszystkich kierunkach... Ekspandujemy.... Przekraczamy ograniczenia.... Otwieramy na nowe możliwości, całkiem nowe relacje, nowe stany istnienia, które były dotąd niedostępne. A że granic nie mamy i tym naprawdę jesteśmy, to pojawia się w tym nowym jednoczesne: "wow" i "aha, no tak"...  Bo to jednocześnie odkrywanie nieznanego potencjału i przypominanie sobie o SOBIE...

I znikamy, rozpływamy się, rozpuszczamy...  dla zaśnionych w tym świecie - śnie. A nasza przeźroczystość odbija ich piękne projekcje.

Bo takie jest to, czego doświadczam. Ufam sobie jako jedni, całości, wszystkosci, ufam życiu i tej miłości. Prawdziwa miłość to to czucie i bycie w połączeniu, którego nic nie jest w stanie zniszczyć ani zaburzyć. To kochanie Siebie i kochanie Ciebie. Bo Ty jesteś integralną częścią mnie jako całości, jedni. To kochanie i odczuwanie Ciebie bez względu na to, czy jesteś obok, czy gdzieś daleko, na końcu galaktyki czy wszechświata czy we Mnie jako odczuwana Obecność naszej wspólnej esencji. ;)

Póki co taka relacja partnerska, taki związek dwojga ludzi, w jakim przejawia się doświadczanie prawdziwej jedni dwojga i głębi SIEBIE, nie jest kontynuacją "typowych, normalnych związków", które utrzymują ludzi w zaśnieniu. Bo w zasnieniu ludzie "doskonale" wiedzą, jakie te związki "powinny" być i mają wiele koncepcji, wyobrażeń i oczekiwań z tym związanych.

Bo z kolei taki "nienormalny" ;)))) związek ma ogromny potencjał nieznanego i może prowadzić do przebudzenia obojga Kochanków, Ukochanych. Nie ma lęku prze "normalnym związkiem", jednak ś-wiadome już jest to, że "normalny związek" utrzymujący ludzi w zaśnieniu nie jest dla mnie.
Bo jest mi dany ten, ktory się pojawia w wizjach i snach... taki "nienormalny", ale całkowicie naturalny i prawdziwy. I temu ufam bezgranicznie. I uczę się ufać temu, co się przez Ciebie przejawia. Teraz rozumiem, dlaczego ostatnio napisałeś: "kocham cię i boję się tego". Bo to "coś" w nas, co się boi, boi się, że może "umrzeć", bo tak naprawdę boi się odkrywania prawdy o sobie, tego, co w "cieniu" ukryte. Boi się tego, co w trakcie rozwoju tego "nienormalnego związku" ujawnia się, by mogło być uświadamiane i integrowane. Boi się ekspansji świadomości. Boi się tego totalnego zanurzenia w nieznanym... tego "stanu istnienia" w przebudzeniu.

Z tym "czymś", co się boi, potrzeba obchodzić się łagodnie i czule w sobie. Kochając tę część siebie, która się boi. Bo to "coś", co się boi, potrzebuje otworzyć się na poznanie prawdy o sobie - tego, co nieświadome. Boi się zaufać temu, że czegoś "nie wie"... Bo "nie wiedzieć" dla tego czegoś, co się boi znaczy to samo, co "umrzeć". :) Ufam temu nieznanemu. Nie muszę wiedzieć, jak taka relacja może się manifestować, a tym bardziej nie wiem, jak "powinna" wyglądać. Pokazują i wskazują na to pewne doświadczenia, świadome sny i wizje, że są to "zaślubiny z Duchem" w oddaniu, prawdziwym oddaniu Ukochanemu, by z Nim, w Nim zanurzyć się całkowicie w SOBIE.

* Dla Risziwy

środa, 5 grudnia 2018

NIENAZYWALNYM JEST PRZEZ NAZYWANIE


Nienazywalnym jest przez nazywanie.
Nieuchwytnym przez uchwytywanie.
Niepoznawalnym przez poznawanie.
Nieporuszonym przez poruszenie.

Lecz nie jest niczego zaprzeczeniem.
Spokojem odkrywanym z niezaspokojenia.
Niezmiennym dzięki zmienności
Scalonej bezruchem.

I ani tym, ani tym, ani tamtym.
Widzi taniec tańczący się bez celu,
Widzi tańczącego, co dostrzega
I opisuje tańcem Coś poza Sobą 

Opisując jednak wyłącznie Siebie.
Tylko po to, by mógł być widziany
Jak ogień pulsujący w ciemności,
Który Niczego nie spala ani nie ogrzewa...

Choć czasem ulega iluzji swego oddania
Temu, co poza Sobą dostrzega:

Nienazywalnemu
Nieuchwytnemu
Niepoznawalnemu
Nieporuszonemu

Które i tym nie jest,
A tylko ciszą przenika tańczące
Jako też Siebie.
Pustka jest formą i forma jest pustką.

środa, 29 sierpnia 2018

BOSKIE "MĘSKIE I ŻEŃSKIE" W NAS


Mylenie płci kobiety i mężczyzny z "męskością" i "żeńskością" jako dwóch zróżnicowanych wibracji energii - dwóch przejawów boskości w ciele istot ludzkich prowadzi do niezrozumienia i wielu nieporozumień.

Boskie energie "kosmiczne" (duchowe) zwane "żeńskimi i męskimi pierwiastkami" czy "boską kobiecością i boską męskością" manifestują się formami, ciałami fizycznymi także istot ludzkich, poprzez te formy ciała, w nich. Jednak utożsamianie ich z ciałami fizycznymi i ich płciowością jest nieporozumieniem. Bo na przykład boską "żeńskością" jest przestrzenność i ruch, a boską "męskością" skoncentrowanie i bezruch. (A w niektórych kulturach odwrotnie.) "Męskie" jest np. światło, a "żeńska" jest ciemność. Boską energią "męską", jednak ograniczoną strachem (owocem umysłu uwarunkowanego pojęciami dobra i zła), jest np. agresywność (fizyczna, psychiczna, słowna) zarówno współczesnych mężczyzn jak i kobiet.

W dualistycznym, biegunowym (jako swoich przeciwieństw) świecie doświadczania oddzielenia, podziałów i poznawania dobra i zła np. intelekt (myślenie, wiedza) jest przejawem boskiej "męskości" u mężczyzny i kobiety. Jednak ta boska energia "męska" przejawia się jako "panowanie" umysłu (uwarunkowanego) nad sercem (zablokowanym). Bo "wie najlepiej." 


Boska "żeńskość" przejawia się jako inteligencja serca (intuicja, odczuwanie). Jednak w dualistycznym, biegunowym świecie przejawia się jako emocjonalność serca (zablokowanego) panująca nad umysłem (uwarunkowanym). Bo "czuje najwrażliwiej".


Boska "żeńska" jest Miłość (bezwarunkowa, wszechobejmująca) i boska "męska" jest Mądrość (widząca wszystko jako Jedno, całość przejawiającą się nieskończoną różnorodnością). (w Tybecie odwrotnie.) Ta najgłębsza Istota "męskości" i "żeńskości" boskości JEST całkowicie naturalna dla i jest w... każdej Istocie ludzkiej, bez względu na jej płeć czyli fizyczną formę. 

Przez fizycznie męską formę może przejawiać się więcej boskiego "pierwiastka żeńskiego" niż boskiego "męskiego" i odwrotnie. Jakiekolwiek wywyższanie się kobiety nad mężczyzną czy mężczyzny nad kobietą jest przejawem zaburzenia tego, co boskie "męskie" i "żeńskie" w nas. Gdy mężczyzna widzi w kobiecie "zło", jest to zawsze to, czego sam się wyparł i projektuje na kobietę reprezentującą odrzuconą jego własną boską "żeńskość". Gdy kobieta widzi w mężczyźnie "zło", widzi to, czego sama się wyparła i projektuje na mężczyznę - odrzuconą swoją własną boską "męskość".


Każda istota ludzka, bez względu na swoją płeć, dojrzewa do swojej pełni poprzez zharmonizowanie obu swoich części z "poziomu" boskiego: "żeńskiego" i "męskiego", Bogini i Boga. Jednak zanim to się stanie, niektóre kobiety przechodzą integrację ze swoją boskością i gdy "stają się" boginiami, wpadają w pułapkę dumy *. Dokładnie tak samo, jak mężczyźni integrujący się ze swoją boskością, stający się bogami, też wpadają w pułapkę dumy. To jednak jest etap przejściowy... w odzyskiwaniu swojej pełni... Boga i Bogini (Animy i Animusa) jako Jedni. Kobieta i mężczyzna potrzebują najpierw "odzyskać i uhonorować" - zintegrować w sobie: Kobieta to, co w niej boskie "żeńskie", Mężczyzna to, co boskie "męskie" w nim. Następnie zintegrować w sobie tę drugą część SIEBIE i scalić. Czasem dzieje się to naprzemiennie, ale i tak na różne sposoby nasza boska "żeńskość" i "męskość" dążą do pełnej harmonii w Istocie ludzkiej, bez względu na jej fizyczną formę - płeć. 


*) W buddyzmie duma to "splamienie" lub "trucizna" z poziomu świata bogów i bogiń. W trakcie transformacji i integracji zamienia się w mądrość. Oczyszczona duma staje się "mądrością równości".



środa, 11 lipca 2018

WSZYSCY WYRAŻAMY SIEBIE, BO JAŹŃ WYRAŻA SIĘ NAMI NA RÓŻNE SPOSOBY...


Oczekiwania zawsze przynoszą rozczarowania, a pułapki w Zabawie w oświecenie są naturalnym elementem tej boskiej Zabawy. Brak szacunku do Umysłu oddanemu Świadomości i to z wzajemnością powoduje, że wychodząc z jednych, wpadamy w kolejne "pułapki" iluzji oddzielenia osobowych ja.

Ignorowanie tego, że także dzięki umysłowi, który staje się on bardziej otwarty, elastyczny i przestrzenny, wychodzimy z iluzji oddzielności, osobności osoby od JAŹNI, SIEBIE powoduje, że na powrót wpadamy w pułapki iluzji. To świadomość indywidualna przekraczając iluzoryczne granice zamkniętego, sztywnego, uwarunkowanego umysłu łączy Się ze świadomością zbiorową i absolutną.

Umysł jest komplementarny ze świadomością jak yang z yin współtworzące Jednię np. Dao ("drogę łączącą Niebo z Ziemią", scalanie SIEBIE jako JAŹŃ). A negowanie umysłu i wiara w to, że "umysł nie jest tobą", powoduje, że wpadamy w iluzję oddzielności. Negowanie przez jakąś część umysłu jakiejkolwiek innej części umysłu powoduje kolejne oddzielenie, konflikt i kolejne "zaśnienie" takiej cząstki umysłu w iluzji oddzielności. Konsekwencją tego jest także ograniczona świadomość SIEBIE jako JAŹNI.  

Tak, przez każdą osobę przejawia Się to samo - JAŹŃ. Przejawia się jednak na różne sposoby. Zróżnicowanie przejawów JAŹNI nie jest iluzją, iluzją są myśli - koncepty utrzymujące od-dzielność, osobność pomiędzy cząstkami JAŹNI.

Tak, wszyscy wyrażamy SIEBIE "z tego samego miejsca" - z JAŹNI. I oczywiście część tego, co jest wyrażane, może być oceniane i interpretowane przez osoby tkwiące jeszcze lub wpadające czasem w iluzję oddzielności. Zdarzyć się może każdemu - każdej osobie. Bez oceniania - widziane jest, że to Się zdarza.

Oczywiście, że podział na świat wewnętrzny i zewnętrzny to koncept ze "strefy oddzielenia" czyli iluzja postrzegania osoby jako osobnej. Ale czy to jest złe? Zdarza się, że dla osoby taka iluzja może czasem stać się atrakcyjna i czasem jeszcze w nią wpadamy. Ale osoba może być także zintegrowana z całością SIEBIE, "zanurzona w ostatecznej rzeczywistości", a i tak czasem ulec może dezintegracji, chwilowemu "odłączeniu". Cóż, dla mnie to jest w pewnym sensie zabawne. Kocham wszystkie zróżnicowane przejawy SIEBIE... JAŹNI.

Bo JAŹŃ bawi się nami - cząstkami - osobami w iluzję osobności, Bo nami wszystkimi - połączonymi ze sobą i współdziałającymi ze sobą cząstkami jako osobami animuje (porusza) Jedna JAŹŃ, która czuje i wie. Nie wszyscy jeszcze są tego świadomi... ale jednocześnie - poza iluzją - świadomymi wszyscy Jesteśmy, bo zawsze Jesteśmy Jednią jako JAŹŃ.


Pokochać SIEBIE znaczy pokochać wszystko, wszystko bez względu na sytuacje, okoliczności, wszystko kim, czym jesteśmy.  
Tak świadomość i umysł scalają SIEBIE w JEDNI...
Hej.