Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZMIANA PERCEPCJI ZJAWISK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZMIANA PERCEPCJI ZJAWISK. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 maja 2025

BÓL SPRZYMIERZEŃCEM W UWALNIANIU Z SIECI FAŁSZYWYCH WYOBRAŻEŃ O SOBIE...


Chodzi tu o ból, który wywołuje cierpienie, więc jest bólem psychicznym - duchowym, bo psyche znaczy dusza. Ale ten psychiczny ból wywołuje także strach przed bólem fizycznym, więc ból fizyczny i ból duchowy oraz ból zwany egzystencjonalnym, dopóki sprawiają cierpienie, są jednym bólem. 

Dlaczego odczuwasz ból? Dokąd woła cię ten ból? Dokąd on chce cię zaprowadzić?

Od najmłodszych lat wciąż jesteśmy karmieni kłamstwem, że życie powinno być bezbolesne. Jesteśmy karmieni wiedzą, że jeśli dokonamy odpowiednich wyborów, będziemy przestrzegać pewnych zasad, będziemy ciężko pracować, wtedy osiągniemy jakiś sukces. Gdy zastosujemy odpowiednie strategie, wykonamy odpowiednie manewry i taktyczne działania w świecie zewnętrznym, to zasłużymy na życie wolne od cierpienia. A to największe samo-oszustwo oparte na micie, który jest wszechobecny w tym świecie: życie powinno być bezbolesne. Ten mit o życiu bez bólu oddala nas od prawdziwego (kompletnego) doświadczenia. Szkodzi nie tylko każdej Istocie, która uwierzyła w ten mit, ale też kształtuje całe społeczeństwa, które stają się coraz bardziej nieszczęśliwe, schorowane (psychicznie i fizycznie) i osamotnione. A zarówno fizyczny jak i psychiczny ból najchętniej uśmierzany jest różnymi chemicznymi substancjami pochodzącymi z zewnątrz.

Istnieje taki rodzaj bólu, który objawia się na przykład relacjami, które się rozpadają, objawia się w odczuwaniu: lęku lub złości, porażki, wstydu, poczucia winy, odrzucenia i zranienia. Lęk przed tym bólem w rezultacie wpycha nas w doświadczanie napięć albo nawet odrętwienia. I ten lęk bywa ukrywany pod różnymi maskami, gdy próbujemy przed nim uciekać, jakby był jakimś przekleństwem, które wciąż nas goni, chce nas dopaść i zniszczyć. I traktujemy ten ból jak największego wroga, którego chcielibyśmy wyeliminować za wszelką cenę i na zawsze. A on wciąż powraca.

Ludzkie Istoty cierpią najczęściej w ukryciu udając, że "wszystko jest w porządku", a ich wewnętrzny świat coraz bardziej się rozpada powodując coraz większy chaos i cierpienie. Bo ludzkie Istoty nauczyły się wierzyć w to, że szczęście powinny im dać - do wyboru:

- kontrola, władza, bogactwo, poczucie bezpieczeństwa i komfortu oraz związany z tym jakiś odpowiedni poziom dobrobytu materialnego i odpowiednia pozycja społeczna, ...

- nauka, technologia i medycyna, która udoskonali ludzkie ciała w taki sposób, że nie będą odczuwały bólu, nie będą chorowały...

- duchowe nauki, które na przykład przedstawiają ból jako niepowodzenie w osiąganiu wysokich wibracji ...

- religie obiecujące szczęśliwość w niebie czyli po śmierci ciała...

- no i wszelkiego rodzaju kulturowe narracje gloryfikujące bezbolesność jako "ostateczną nagrodę".

A wszystko to są fałszywe obiecanki cacanki, które mają za cel ukrywanie czegoś znacznie głębszego i prawdziwszego:

ból nie jest wrogiem, ale sprzymierzeńcem, który wskazuje na to, że coś w nas pragnie się obudzić, scalić, zrealizować siebie...

W rytuałach plemiennych choroby i kryzysy psychologiczne były postrzegane nie jako wady do naprawienia, ale jako wiadomości od psyche - duszy domagającej się nawiązania ponownego połączenia ciała (formy) z Duchem, Źródłem wszystkiego, z całością Siebie, Jednią, z Bogiem... (nazwij to, jak chcesz).

Kiedy zaś we współczesnym świecie zdarza się cierpienie choćby z powodu złamanego serca, żalu, straty, porażki albo wstydu czy w jakiejkolwiek innej postaci, ujawnia się ból sprawiający cierpienie. Kiedy z powodu konieczności kontroli bólu są podejmowane różne próby tłumienia, zaprzeczania i unikania bólu, wtedy trudno dostrzec, że ból może być narzędziem inicjacji. Dopiero gdy zaczynamy świadomie przyjmować i przyglądać się temu, co odczuwany, co ból próbuje nam objawić, może on stać się naszym sprzymierzeńcem a nie wrogiem.

Jung już wiele lat temu dostrzegł, że współczesny człowiek jest w głębokim duchowym kryzysie. Nie dlatego, że cierpi, ale dlatego, że nie wie, dlaczego cierpi. Chociaż wydaje mu się, że wie, ale ta wiedza jest fałszywa. Człowiek wierzący w fałszywe wyobrażenia o sobie nie jest świadomy najgłębszej przyczyny swojego cierpienia. Próbuje więc racjonalizować na różne sposoby swoje cierpienie nie znając jego prawdziwej przyczyny. Ból jednak staje się coraz trudniejszy do zniesienia, nie dlatego że istnieje, ale dlatego, że został pozbawiony sensu, bo mit o bezbolesnym życiu oddzielił istotę ludzką od symbolicznego języka cierpienia. A przecież w każdej starożytnej kulturze ból był święty, oznaczał przemianę zachodzącą w trakcie inicjacji, towarzyszył rytuałom przejścia prowadzącym do odrodzenia.

Odrzucając ból jako bezsensowny, zły, niepożądany, zbędny, oddalamy się coraz bardziej od naszego centrum, od Źródła w sobie, od całości siebie. Jednocześnie czujemy się coraz bardziej zagubieni, choć nie zawsze jesteśmy tego świadomi. We współczesnej obsesyjnie kontrolującej kulturze ból postrzegany jest jako wielka porażka, niesprawiedliwa klęska, kara za „nie wiadomo jakie grzechy”. Tak ból postrzega tzw. ego czyli struktura Ja utworzona z fałszywych, powierzchownych przekonań o sobie ograniczających poznanie całości Siebie. Jednak owo Ja to nie tylko ego. Ja to także psyche czyli dusza. Ja to także dusza, która operuje innym językiem niż ego. Jung mówił, że psyche - dusza mówi symbolami, snami, a także bólem cierpienia. I dusza spaja nas z Duchem Jedni, z całości siebie.

Ego szuka wiedzy, która ma mu zapewnić bezpieczeństwo, pewność, stabilność i bezbolesność poprzez kontrolę na bólem, a dusza woła do powrotu do prawdy o sobie, do swojej głębi i całości siebie. I właśnie ból wciąż zakłóca iluzję kontroli ego i zmusza Ja do konfrontacji z ograniczeniami, maskami, ranami, które zasłaniają prawdę o sobie. A ego stawia temu opór. Ta bolesna konfrontacja łatwa nie jest, ale jest niezbędna do uwolnienia Się od ciągłej ucieczki przed bólem i cierpieniem, Bo kiedy ból jest przyjmowany świadomie i obserwowany świadomie, rozpuszczają się zasłony iluzji i ukazują części nas samych, które zaniedbaliśmy, których się wyrzekliśmy, które pozostawały ukryte w cieniu jako nieświadome. Zostały głęboko ukryte pod powierzchnią fałszywych wyobrażeń o sobie.

Kiedy pojawia się przewlekły niepokój, częste napięcia w ciele i chaos w umyśle czy tzw. depresja, a istota ludzka nadal próbuje uciekać od bólu stosując różne "środki zaradcze", oddala się ona coraz bardziej od prawdy o sobie. A są to stany, które wzywają, by zwrócić się do wewnątrz ku czemuś prawdziwemu w sobie. Za każdym razem, kiedy ból jest tłumiony, wcale nie znika. Jest jak rana, która wciąż ignorowana, zaniedbywana i zanieczyszczana ropieje. Gdy ból jest znieczulany, jest zapominamy na chwilę, ale rana nie zostaje uleczona, lecz po każdym znieczuleniu znów wraca i sprawia jeszcze większy ból. Ten ból jest przewodnikiem, który nas może zaprowadzić do rozpoznania największego zranienia, które może zostać uzdrowione...

Oto pozorny paradoks: twoja największa rana nie jest wrogiem, a twój ból jest wyrazem rozpaczliwego krzyku duszy (psyche), która woła i prosi o dostrzeżenie, o usłyszenie i o uzdrowienie siebie. Poprzez scalenie i przyjęcie wciąż odrzucanej części siebie. Ból największego zranienia wskazuje na najgłębszy niespełniony potencjał, na nasze stłumione i ukryte w naszej głębi dary.

Ból - gdy świadomie wychodzimy na spotkanie z nim i przyjmujemy go w sobie - nie niszczy nas, ale budzi... z iluzji fałszywych wyobrażeń o sobie.
Ten ból prowadzi do uzdrowienia najgłębszego zranienia siebie. Ten b
ól jest towarzysze i, przewodnikiem w naszym dojrzewaniu do prawdy. Jest sprzymierzeńcem, który wskazuje na prawdę o sobie, choć ego (ja, które wierzy w fałszywe wyobrażenia o sobie) nie chce jej słyszeć, widzieć ani poczuć. Ego jest zainteresowane tym, co na zewnątrz. A to nie sytuacje zewnętrzne wpływają na poziom cierpienia, lecz błędne myślenie o nich i fałszywa interpretacja sytuacji i zjawisk.

Co sprawia, że czuję lęk, strach, napięcia i ból? Co wywołuje cierpienie? 
Czy to możliwe, że sam stwarzam swoje cierpienie poprzez własne, fałszywe wyobrażenia o sobie, których dotąd nie dostrzegałem, bo traktowałem je jako prawdziwe?
Dlaczego nieprawdziwe postrzegam jako prawdziwe, a nierzeczywiste jako rzeczywiste? 
Co jest prawdziwe?
Gdzie jest prawda?

Postrzeganie fałszywych wyobrażeń jako prawdę o sobie i świecie -  to niewinne niezrozumienie natury rzeczywistości  - jest przyczyną cierpienia. A prawda jest w nas, my jesteśmy prawdą ukrytą pod warstwą fałszywych przekonań o sobie.

Tak. Usłyszeć głos bólu cierpienia można tylko wtedy, gdy czujesz, że dość masz już cierpienia. I dość samooszukiwania. Kiedy cierpienie jest tak intensywne, że przestajesz przed nim uciekać, wtedy coś pęka wewnątrz, otwiera się i kończy walkę z bólem. Pojawia się gotowość na przyjęcie bólu i podążenie za nim w głąb siebie.

Ból sprawiający cierpienie staje się wtedy najskuteczniejszym duchowym nauczycielem, jeśli nie jedynym prawdziwym. To on od prowadzi do odkrycia, że nie istnieje nic takiego jak prawdziwe przekonanie. Każde przekonanie, każdy mit jest fałszywym wyobrażeniem o sobie.
I życie staje się proste. Bo teraz - jeśli pojawia się jakikolwiek ból - nie sprawia już cierpienia. Może być bolesny, ale nie wciąga w rolę ofiary czyichś działań lub czegoś zewnętrznego ani nie uaktywnia już konceptów i mitów, które były kiedyś uznawane za jedyne prawdziwe.

Ból nie jest żadną karą za nie wiadomo jakie grzechy ani nie jest czymś, czego musisz unikać za wszelką cenę. Widzisz, wiesz, jesteś samoświadomy, że zaistniała możliwość zmiany postrzegania sytuacji i zjawisk, w tym bólu i cierpienia, a dzięki temu zaczynasz coraz klarowniej, wyraźniej postrzegać to, co jest, takim, jakie jest. 


niedziela, 20 lutego 2022

NASZE RELACJE Z UMYSŁEM I SPOSOBY POZNAWANIA NATURY UMYSŁU

 Mamy niesamowite możliwości poznawania "natury umysłu". 

Myśli, którym nie stawia się oporu, przechodzą przez nasz umysł - "krążą sobie i odchodzą"... Mamy zatem kilka możliwości aby:

1. Przykleić się do myśli i za nią podążyć nieświadomie czyli ulec iluzji jej "prawdziwości". Jesteśmy wtedy animowani przez taką myśl jak marionetki lub pacynki nieświadomie odgrywające "swoje role". 

2. Stawiać opór myślom i w rezultacie ulegać wewnętrznemu konfliktowi. W umyśle toczymy dialog sami ze sobą, choć też możemy nie być świadomi tego sporu toczącego się w głowie. 

3. Obserwować myśli świadomie i... "widzieć" jak się "rozpływają... dymki czy chmurki iluzji". 

4. Bywa, że już pewne myśli obserwujemy, a innych nie. I te niewychwycone , nieuświadomione nas nadal "wciągają". 

5. Bywa, że przyglądając się myślom możemy wyczuwać sercem (intuicyjnie lub na zasadzie rezonansu - odczuwania energii wibrującej w ciele), które myśli są dla nas jak drogowskazy ku naszej ewolucji, ku nowemu postrzeganiu, zrozumieniu, a które nadal nas ściągają do starych, konwencjonalnych sposobów myślenia i zachowania. Świadome obserwowanie myśli uwalnia nas od wewnętrznych konfliktów. 

6. Bywa, że świadomie możemy za jakąś myślą podążyć - jak podróżnik, który wyruszył w nieznane tereny podążając za przewodnikiem...  Pozostając obserwator'em tego - dokąd nas ta myśl zaprowadzi -doświadczamy świadomie skutków takiej myśli... Rozpoznajemy na przykład jej wpływ na nasze uczucia i emocje czyli jej działanie w naszym ciele albo i... w znacznie szerszym planie, zakresie. 

7. Zdarza Się, że jakaś myśl może zaprowadzić nas do odkrycia kolejnej części Siebie, której wcześniej nie byliśmy świadomi. 

I umysł integruje Się ze świadomością... Świadomość rozświetla niewidzialnym światłem kolejne obszary umysłu i integruje je ze Sobą... Ach... Jak odkrywcy, radośni badacze z zachwytem, zaciekawieniem niewinnego dziecka odkrywamy, badamy przeróżne zjawiska i przestrzenie Życia, Istnienia. 

Obserwowanie myśli umożliwia nam badanie i zrozumienie, dokąd nas myśli mogą zaprowadzić; w ten sposób uświadomione stają się wszelkie wcześniejsze nasze nieświadome myśli, powiązane z nimi emocje i działania oraz ich skutki. Oczywiście najpierw warto ;-) uaktywnić uważność - świadomość umożliwiającą nam obserwowanie procesu myślenia. 

niedziela, 30 stycznia 2022

WYZWOLENE STAREGO-NOWEGO ŚWIATA W SOBIE ITP. CZĘŚĆ 1.


Niektórzy dokonują sporego uogólnienia np. porównując społeczeństwo do dziecka a rząd do rodzica. Czy rządy służą do spełniania roli rodzica, autorytetu? Czy raczej są przedstawicielami pewnych grup społecznych - ludzi, którzy wybrali rządzących jako swoich reprezentantów mających służyć społeczeństwom, a nie swoim własnym, prywatnym interesom.

W skład społeczeństwa wchodzą dorośli ludzie o zróżnicowanych poglądach. Oczywiście jest to mieszanka bardziej i mniej: dojrzałych, samodzielnie myślących, odpowiedzialnych za siebie, także za swoje dzieci (i to niezależnie od wieku). Niektórzy ludzie z powodu braku dojrzałości i odpowiedzialności za siebie. pragną, by rządy zapewniały im systemy opiekuńcze i poczucie maksymalnego bezpieczeństwa. Tacy ludzie gotowi są zrezygnować z odpowiedzialności za siebie oraz wolności wyboru. Bo nie mają zaufania do siebie i do... życia. Ale poczucia całkowitego bezpieczeństwa, nikt nie jest w stanie zagwarantować nikomu w tym świecie. Życie samo w sobie jest nieprzewidywalne. 

Można na przykład snuć różne plany i czasem niektóre są realizowane, a niektóre nie. Po prostu. To nie jest ani dobre ani złe, ale tak się zdarza. Dlaczego jednak dojrzałym ludziom mają być narzucane jakieś nakazy i zakazy, które nie tylko ograniczają świadome i odpowiedzialne prawo wyboru, lecz naruszają ignorując istniejące prawo, w tym podstawowe Prawa Człowieka? 

Czy różne funkcje w rządach różnych państw pełnią ludzie wyłącznie dojrzali emocjonalnie, psychicznie i duchowo oraz odpowiedzialni za swoje czyny? Czy są to jacyś mędrcy? A jeśli na przykład jacyś ludzie u władzy są przekupni, zmanipulowani, czy większą wartość stanowi dla nich ich własny, osobisty interes, powiększanie własnych majątków i stref wpływów czyli także projekty wykorzystujące i zniewalające innych czy autentyczny tak zwany interes społeczny lub tzw. dobro obywateli? I czy przypadkiem część z ludzi u władzy świadomie (a część może nieświadomie) nie stała się marionetkami w dłoniach samozwańczych liderów nowego światowego porządku?

O tych planach pisał w książce pt.: "Czwarta rewolucja przemysłowa" Klaus Szwab, który jest głównym ideowcem i jednym z owych samozwańczych liderów światowych, którzy mają wizję stworzenia nowego, oczywiście doskonałego systemu mającego objąć całą Ziemię. W tej książce autor przedstawia idee i plany oraz sposoby realizacji tego nowego systemu. Podobnie jak w drugiej książce pt. "Cowid19: Wielki reset" opisuje, w jaki sposób pandemia umożliwia wprowadzanie "nowego światowego porządku".

Gdy jesteśmy za Prawdą, ś-wiadomym staje się, że różne idee, koncepty, myśli są względnymi prawdami, że względne prawdy są tym, w co wierzymy, bo z jakichś powodów z takimi a nie innymi względnymi prawdami "rezonujemy". Zatem z perspektywy Prawdy różne poglądy są względne i to, co jedni uważają za dobre, inni mogą postrzegać jako złe. W zależności od tego, z jakimi ideami, konceptami rezonują.

Wszystko, co wciąż powstaje z i w przestrzeni bezruchu - pustki - ciszy, ulega zmianie, transformacjom i/lub znika w przestrzeni bezruchu... jak sny, które spontanicznie same z Siebie, z bezśnienia się wyśniewają.

A każda myśl, w którą wierzymy, staje się opisem wynikającym z indywidualnej perspektywy postrzegania Siebie: "ja", „mnie” lub czegoś zewnętrznego - jakichś „innych” czy jakichkolwiek zjawisk. Każda taka myśl jest opisem indywidualnej, względnej perspektywy postrzegania Siebie Jaźni. Lecz...

Prawda kocha, rozumie i widzi względność wszystkich indywidualnych prawd. I Prawda wie, że te względne prawdy są niestabilne i zmienne jak sny, które spontanicznie same z Siebie, z bezśnienia się wyśniewają.

Z dostępnej mi wiedzy o tym świecie i historii ludzkości wynika, że zawsze najwięcej konfliktów, wojen, nieszczęść i cierpienia tworzą poglądy, w których ktoś autorytarnie twierdzi, że wie najlepiej co i jak inni powinni albo i muszą robić (niby dla swojego dobra i/lub innych). Tyrani zawsze zasłaniali swoje pożądanie władzy i kontroli nad innymi głoszonymi hasłami o dobru innych. Jednak zawsze to, co ktoś postrzega jako dobre, ktoś inny może postrzegać jako złe. Stąd bierze się np. przymuszanie do czegoś i mówienie, że to dla twojego dobra, a nawet dla dobra całej ludzkości. I tak ten świat - sen wyśniewa się w swoich kolejnych, wciąż "ulepszanych" wariantach.

Bo ten, kto chce być dobry (chce być uznawany za dobrego), zawsze tworzy dla siebie jakieś zło, z którym musi walczyć. A walczy (w swej niewiedzy - nieświadomości - ignorancji) z tą częścią siebie, której wypiera się w sobie, od której siebie oddziela tworząc i podtrzymując tym samym konflikty wszelkich dualistycznych podziałów. Koniec walki o racje, koniec konfliktów względnych prawd, przynosi wyzwolenie i koniec cierpienia. A życie, którym jesteśmy tańczy się dalej...  

 ***

Im wyżej "sięgamy", tym niżej "spadamy", więc chodzi o to, żeby to "wyżej" i "niżej" integrowało się ze sobą... By wszystko to, co nas jeszcze straszy, co nas "odrzuca od siebie", co nadal jest negowane, ukrywane, może się integrować i kąpać w krystalicznej bryzie świeżości tryskającej prosto ze Źródła Życia, którym jesteś-my..

To całkiem naturalne na tym etapie podróży - na przykład te "ataki dzikiej bestii" (małych i większych tyranów różnej maści) w różnych światach - snach... Tak, ta "dzika bestia" to integralna część całości, która atakując cię np. we śnie domaga się przyjęcia... bo każde odrębne ja w swoich wyobrażeniach o SOBIE odcięło się kiedyś od niej... a teraz może tę część SIEBIE dostrzec (uświadomić), przyjąć i zintegrować...

Jak to możliwe?

Przez świadome przyjmowanie tej części SIEBIE taką, jaka jest, przez świadome oddanie temu, by nas wewnętrznie "rozszarpała na strzępy, atomy, a nawet fotony" i "pożarła"... w wewnętrznym procesie... (symbol anihilacji dokonywany przez Kali czy Mahakalę)

Tu istotne jest, by nie "stawać się tą bestią", lecz by ją - jej energie, jej wibracje świadomie(!) odczuć w wewnętrznej przestrzeni i obserwować przyjmując to takim, jakie jest. Tak, to wyobrażenie budzące strach. Ten proces integracji wymaga odwagi, ufności i oddania się intencji integracji biegunowych aspektów SIEBIE jako pewnej całości aż do zintegrowania przeciwieństw walczących w nas ze sobą). Wtedy to Się integruje w Sobie kąpiąc w energii bezwarunkowej, wszechogarniającej i wszechprzenikającej miłości.

Bo każda i każdy z nas w tej części, którą oddzielne ja - ego ukryło przed sobą, jesteśmy także tym - tą "dziką bestią". Oddzielne ja czyli tzw. ego nie dopuszcza tego do siebie, bo taka była/jest funkcja, zadanie struktury ego - utrzymywać granice oddzielności ja przez utożsamienie z myślami, które konfliktują ze sobą różne ja - różne części Umysłu. (W Tym także utożsamienie z ciałem utrzymuje konflikt z tym, co w nim i poza nim). I dopóki przed jakąś częścią SIEBIE uciekamy, dopóty ona będzie nas gonić, dopóki jej się boimy, dopóty będzie nas atakować i straszyć... A dopóki coś będziemy przed sobą ukrywać, wciąż będziemy oszukiwać siebie... Dlatego każda cząstka SIEBIE jako całości, Jedni przestanie nas gonić i straszyć dopiero, gdy zostanie Świadomie ujawniona, odkryta, dostrzeżona i przyjęta taką, jaka jest. Wtedy staje się zintegrowana w całości naszej Jedni SIEBIE. I zostaje uwolniona w nas.

Coraz częściej zdarza się, że nie wiesz, co dalej... To wspaniały znak. Odrębne ja - ego, gdy wie coraz mniej, ma możliwość stapiania się z jednym JA.

Coraz bardziej pragniesz "przejść do następnej klasy"? Jeśli możesz, odpuść i to pragnienie. Niech to pozostanie intencją. Wiesz, czujesz, że dane będzie ci to przejście, ale nie wiesz ani kiedy, ani jak. Bo i tak przejdziesz wtedy, gdy będzie gotowość. Oddzielone, odrębne ja - ego nie musi ani nie potrzebuje tego wiedzieć, kiedy połączy się z JA JESTEM.

(Motyl się wyłania z kokonu, gdy skrzydła są w pełni ukształtowane... sam nie wie, kiedy to Się stanie. Może intuicyjnie wyczuwać.) 

Kiedy przechodziłam przez bardzo trudne (względnie :)) doświadczenia transformacji, pojawiało się czasem pytanie:

Ile jeszcze, jak długo będzie mnie tak "rozrywać na strzępy", bo już nie mogę, nie wytrzymam?

Kilka razy wręcz zaczynałam się modlić o to, żeby to się już skończyło. Ale tak naprawdę ratowało mnie wtedy i koiło jedno - poddanie się temu procesowi i zaufanie przejawione słowami:

będzie to trwało dokładnie tyle, ile będzie miało trwać.

Obserwowanie i świadome bycie z tym, co się pojawia, ujawnia i świadome przyjmowanie z miłością tych cząstek, które wyłaniają się ze "strefy cienia", "ciemności" Umysłu, to sposób na "uzdrawianie się z choroby cierpienia". Na pewnym etapie może to być postrzegane jako proces uzdrawiania. Wtedy świadomość przenika to, co się odkrywa w kolejnych "zakamarkach" umysłu, co ujawnia się jako (ukrywana wcześniej) kolejna część prawdy o sobie. I te części całości uwalniają się w nas w ten sposób. Można powiedzieć, że wtedy uzdrawiamy siebie poprzez przyjmowanie z miłością wszechogarniającą (wszystkie po kolei) ujawniające się nieświadome, bo kiedyś wcześniej wyparte do "strefy cienia", a uznane za "złe" albo "niegodne" części SIEBIE. Także te piękne, których z kolei odrębne ja czuło/czuje się "niegodne". Z powodu przywiązania do utożsamienia się z myślami utrzymującymi nas w emocjach związanych z poczuciem bycia niegodnym/niegodną czegoś. To przywiązanie zawsze odwiązuje się w "swoim czasie", dokładnie wtedy, kiedy to się staje...

______

Z miłością, Kochany Cudzie Istnienia.